ZŁOTA GRUPA 12 SIERPNIA
Joanna Beretta Molla
Była przedostatnim, dwunastym dzieckiem Alberta i Marii. Urodziła się w Magencie, niedaleko Mediolanu, w 1922 r.
Dom, w którym rosła, pełen był miłości i wiary. Dzieci razem z matką codziennie modliły się i chodziły na Mszę św. W 1942 r. Joanna rozpoczęła studia medyczne. Niestety, również w tym roku, jedno po drugim, w odstępie zaledwie czterech miesięcy umarli jej rodzice. Żywa wiara i zaufanie Bogu nie pozwoliły na pogrążenie się w rozpaczy osieroconemu rodzeństwu. Studiując, Joanna podjęła intensywną pracę w szeregach Akcji Katolickiej i Stowarzyszeniu św. Wincentego a Paulo. Głosiła katechezy dla dziewcząt. Z zachowanych do dziś jej notatek z tego okresu przebija ogromna dojrzałość wiary i odpowiedzialność za każde słowo. Jej siostra i dwóch braci wybrali drogę zakonnego powołania. Joanna też miała taki zamiar, ale stan zdrowia jej na to nie pozwalał. Chciała zostać misjonarką. Po uzyskaniu dyplomu z medycyny i chirurgii w 1949 r. na Uniwersytecie w Pawii otworzyła klinikę medyczną w Mesero (koło Magenty). W kolejnym roku zrobiła specjalizację z pediatrii na uniwersytecie w Mediolanie, gdzie później prowadziła swoją praktykę lekarską. W 1951 r. po raz pierwszy przypadkowo spotkała inżyniera Piotra Mollę. Kolejne spotkanie nastąpiło trzy lata później. Od tego czasu byli już nierozłączni. Kochali 53 się bardzo, byli sobą zauroczeni. Wiedzieli, że chcą być ze sobą na zawsze. Snuli plany założenia rodziny otwartej na Boga i Jemu uległej. Na dziesięć dni przed ślubem Joanna pisała do Piotra: „Chciałabym, aby nasza nowa rodzina mogła się stać jakby wieczernikiem zjednoczonym wokół Jezusa”. 24 września 1955 r. Joanna i Piotr wzięli ślub. Byli ludźmi pracowitymi, ale pogodnymi i szczęśliwymi. Cechowała ich rzetelność i uczciwość. Starali się spędzać razem jak najwięcej czasu. Chodzili po górach, jeździli na nartach, lubili koncerty i przedstawienia teatralne. Joanna interesowała się modą, przeglądała nowe żurnale. Była elegancką i zadbaną kobietą. Umiała prowadzić samochód, co w tamtych czasach nie było częste wśród kobiet. Państwo Molla chcieli mieć dużo dzieci. Rok po ślubie, w 1956 r., urodził się Pierluigi. W 1957 r. przyszła na świat Maria Zita, a dwa lata później - Laura. 54 W 1962 r. miało urodzić się kolejne dziecko. We wrześniu 1961 r., pod koniec drugiego miesiąca ciąży, okazało się, że w macicy Joanny rozwinął się włókniak, który zagrażał rozwijającemu się płodowi i życiu matki. Mimo wskazań medycznych do przerwania ciąży, Joanna zdecydowała się donosić ją do końca. Wiedziała, zwłaszcza jako lekarz, że stan jest poważny. Zdawała sobie sprawę z grożącego niebezpieczeństwa. Od początku stanowczo domagała się ratowania życia dziecka za wszelką cenę. Operacja usunięcia włókniaka udała się, dziecko mogło rosnąć bez przeszkód, ale stan zdrowia matki pogorszył się. Był to trudny czas dla całej rodziny. Mimo gorących modlitw o ocalenie matki i dziecka Bóg zdecydował inaczej. 20 kwietnia 1962 r., w Wielki Piątek, Joanna przyjechała do szpitala. Nazajutrz rano urodziła zdrową, piękną córeczkę, ale sama znalazła się w agonii. Tydzień później - 28 kwietnia 1962 r. - zmarła. Oddała swoje życie za dziecko, by mogło się bezpiecznie urodzić. Miała niecałe 40 lat. Przez siedem lat była mężatką. Pozostawiła męża i czworo małych dzieci. Mąż, rodzina, przyjaciele, ale też pacjenci, którym służyła, zapamiętali ją jako dobrą i delikatną kobietę. Mąż po jej śmierci powiedział: „Aby zrozumieć jej decyzję, trzeba pamiętać o jej głębokim przeświadczeniu - jako matki i jako lekarza - że dziecko, które w sobie nosiła, było istotą, która miała takie same prawa, jak pozostałe dzieci, chociaż od jego poczęcia 43. PIESZA PIELGRZYMKA SKRZATUSZ-JASNA GÓRA 1-13.08.2025 upłynęły zaledwie dwa miesiące”. Jan Paweł II beatyfikował Joannę podczas Światowego Roku Rodziny 24 kwietnia 1994 r., a kanonizował ją dziesięć lat później - 16 maja 2004 r. Historia św. Joanny Molli uczy nas i zaprasza, że aby nadzieję złożyć w Bogu i żyć nadzieją, potrzeba bezinteresownego daru z siebie. To jest historia świętej matki, która oddała życie za swoje dziecko. Dosłownie. Oddawać swoje życie. Bronić życia. Patronuje tym, którzy bronią życia ludzkiego od poczęcia. Za św. Janem Pawłem II: „Sobór uczy, że człowiek jest tym jedynym na świecie stworzeniem, którego Bóg chciał i chce dla niego samego; równocześnie stwierdza, że człowiek ten nie może odnaleźć się w pełni inaczej jak tylko poprzez bezinteresowny dar z siebie samego. To miłość właśnie sprawia, że człowiek urzeczywistnia siebie przez bezinteresowny dar z siebie. Miłość bowiem jest dawaniem i przyjmowaniem daru. Nie można jej kupować ani sprzedawać. Można się nią tylko wzajemnie obdarowywać. Dar osoby z istoty swojej jest trwały i nieodwołalny. Nierozerwalność małżeństwa wynika nade wszystko z samej istoty tego daru: dar osoby dla osoby. Także nowy człowiek – jest od początku takim właśnie darem. Jakże inaczej można określić tę istotę kruchą i bezbronną, która całkowicie jest zależna od swych ludzkich rodziców, całkowicie im zawierzona? Nowo narodzony człowiek oddaje siebie rodzicom przez sam fakt swojego zaistnienia. Istnienie – życie – jest pierwszym darem Stwórcy dla stworzenia”. Z kolei w medytacji napisanej w 1994 roku papież stwierdził: „Czy człowiek może powiedzieć drugiemu człowiekowi: «Pan Bóg mi ciebie dał»? Jako młody duszpasterz usłyszałem od mojego kierownika duchowego takie słowa: «Może Pan Bóg chce ci dać tego człowieka...» — słowa, w których zawierała się zachęta do tego, ażeby zaufać Bogu i ażeby przyjąć dar, jakim człowiek staje się dla drugiego człowieka… To nie tylko ludzie z sobą się łączą, to Pan Bóg ich sobie wzajemnie daje. I w tym urzeczywistnia się Jego stwórczy plan…. «Bóg mi ciebie dał». Jak widać, nie były przypadkowe słowa, które usłyszałem w młodości. Pan Bóg istotnie obdarowuje nas 55 56 ludźmi, braćmi i siostrami w człowieczeństwie, poczynając od naszych rodziców. A potem, w miarę, jak dorastamy, stawia na drodze naszego życia coraz to nowych ludzi. I każdy z nich w jakiś sposób jest dla nas darem, o każdym i każdej można powiedzieć: «Bóg mi ciebie dał...» — a ta świadomość staje się źródłem wewnętrznego bogactwa dla każdego z nas. Byłoby groźne, gdybyśmy nie umieli rozpoznać tego bogactwa, jakim jest każdy człowiek, gdybyśmy zamykali się wyłącznie w swoim «ja», zatracając ten rozległy horyzont, jaki z biegiem lat otwiera się przed oczyma naszej duszy. Człowiek może stać się dla drugiego przedmiotem użycia. Tym jest najbardziej zagrożona nasza cywilizacja, zwłaszcza zaś cywilizacja świata materialnie bogatego. Wówczas miejsce bezinteresownego upodobania zajmuje w sercu ludzkim chęć przywłaszczenia sobie drugiego oraz używania go. Chęć taka jest wielkim zagrożeniem nie tylko dla drugiego, ale przede wszystkim dla tego człowieka, który jej ulega. Człowiek taki niszczy w sobie samym zdolność bycia darem, niszczy w sobie zdolność bytowania według reguły: «bardziej być człowiekiem», a natomiast ulega pokusie bytowania wedle reguły: «więcej mieć» — mieć więcej doznań, więcej wrażeń, więcej przyjemności, jak najmniej prawdziwych wartości, jak najmniej twórczego cierpienia dla dobra, jak najmniej gotowości płacenia sobą za dobro i piękno człowieczeństwa, jak najmniej uczestnictwa w Odkupieniu… Jest to szczególnie ważne dla człowieka, któremu Bóg daje drugiego człowieka, jak tego mogłem doświadczyć w ciągu mojego życia wielokrotnie. Bóg dawał mi wielu ludzi, młodych i starych, chłopców i dziewczęta, ojców i matki, wdowy, ludzi zdrowych i chorych. Zawsze, kiedy mi ich dawał, to mi ich równocześnie zadawał, a dziś widzę, że o każdym z nich mógłbym napisać osobną monografię: byłaby to monografia na temat konkretnego bezinteresownego daru, jakim jest człowiek. Byli wśród nich ludzie prości, robotnicy w fabryce; byli też studenci, profesorowie uniwersytetu, lekarze i prawnicy; byli wreszcie kapłani i osoby konsekrowane. Byli wśród nich oczywiście mężczyźni i kobiety”. Święta Joanna ułożyła modlitwę - hymn na cześć uśmiechu. 43. PIESZA PIELGRZYMKA SKRZATUSZ-JASNA GÓRA 1-13.08.2025 Uśmiechaj się do Boga, od którego każdy dar pochodzi. Uśmiechaj się do Boga Ojca w modlitwach coraz bardziej doskonałych. Uśmiechaj się do Ducha Św. Uśmiechaj się do Jezusa, idąc na Mszę św., do Komunii św., podczas nawiedzenia. Uśmiechaj się do tego, który uosabia Chrystusa – Ojca Świętego, wyznając wiarę. Uśmiechaj się do Najświętszej Maryi Panny – wzoru, do którego mamy dostosować nasze życie, tak aby ten, kto patrzy na nas, mógł żyć lepiej i po Bożemu myśleć. Uśmiechaj się do Anioła Stróża, dlatego, że został nam dany przez Boga, aby nas zaprowadzić do raju. Uśmiechaj się do rodziców, braci i sióstr, nawet wtedy, kiedy nakładają nam obowiązki, które sprzeciwiają się naszej pysze, ponieważ mamy być iskrami radości. Uśmiechaj się zawsze, przebaczając zniewagi. Uśmiechaj się do wszystkich, których Pan posyła do nas w ciągu dnia. Świat poszukuje radości, ale jej nie odnajduje, ponieważ jest oddalony od Boga. My, zrozumiawszy, że radość pochodzi od Jezusa, z Jezusem w sercu niesiemy radość. On będzie siłą, która nam pomaga.
Posłuchaj