Dzień trzeci
3 sierpnia. Chodzież - Wągrowiec
Dużo kilometrów, jeszcze więcej dobra i… truskawki!
Pobudka w Chodzieży przyszła zdecydowanie za wcześnie. Zresztą na pielgrzymce słowo „wcześnie” nabiera zupełnie nowego znaczenia. O 6:30 byliśmy już w drodze. Niektórzy wyglądali na całkiem obudzonych, inni najwyraźniej nadal pielgrzymowali… we śnie. Ale nogi ruszyły, plecaki na plecy i można było zaczynać kolejny dzień.
Pierwszy ważny punkt programu czekał na nas w Podstolicach. Śniadanko! I to jakie! Przepyszne, przygotowane z sercem przez naszych gospodarzy. I właśnie za takie cuda jesteśmy szczególnie wdzięczni!
Następnie dotarliśmy do Budzynia, gdzie czekało nas najważniejsze spotkanie tego dnia – Eucharystia. Mszy Świętej przewodniczył i homilię wygłosił ks. Filip, neoprezbiter, który chciał przeżyć z nami swoje prymicje. I trudno było o lepsze miejsce – wśród ludzi, z którymi wspólnie wędruje się, modli, rozmawia, śmieje i… czasami wspólnie walczy z własnymi nogami. Ks. Filip opowiedział nam o swojej drodze do kapłaństwa, która nie była drogą łatwą, bo w cieniu choroby nowotworowej... A jednak w tym wszystkim odkrywał obecność Boga i Jego prowadzenie. Jego świadectwo było bardzo mocnym przypomnieniem, że Boże powołanie nie zawsze prowadzi prostą drogą. Czasem pojawiają się zakręty, których wcale nie planowaliśmy, a nawet takie odcinki, na których człowiek najchętniej usiadłby przy drodze i powiedział: „Panie Boże, może dalej już sam?”.
Po Eucharystii przyszedł czas na obiad przy remizie. I znów – pielgrzymkowa rzeczywistość okazała się niezwykle łaskawa. Na stołach pojawiły się prawdziwe pyszności, a atmosfera szybko zrobiła się tak dobra, że samo siedzenie przy stole przestało wystarczać. Zatem tańce. Bo przecież po kilku kilometrach marszu najlepszym sposobem na odpoczynek jest… kolejna aktywność fizyczna. Logika pielgrzyma rządzi się swoimi prawami.
A jeśli ktoś pomyślał, że na tym skończy się nasze kulinarne rozpieszczanie, to zdecydowanie nie zna jeszcze Dobrej Truskawki! To miejsce naprawdę zasługuje na osobny akapit. Cudowni Gospodarze, ogromne serce i stół, który chyba sam nie wiedział, kiedy powiedzieć „wystarczy”. Były truskawki, ciasta z truskawkami i wszystko, co mogło sprawić, że pielgrzym natychmiast odzyskiwał siły. Po takim podwieczorku pojawiło się tylko jedno pytanie: czy do Wągrowca idziemy jeszcze pieszo, czy może gospodarze mają jakiś truskawkowy transport?
Do Wągrowca dotarliśmy już z poczuciem, że tego dnia Pan Bóg naprawdę zatroszczył się o każdy szczegół. Czekał na nas nocleg w nowej hali przy Szkole Podstawowej nr 2. Warunki – super! Można było rozłożyć swoje pielgrzymkowe królestwo, znaleźć kawałek podłogi dla siebie i rozpocząć wieczorną regenerację. Ale zanim każdy zajął się swoim materacem, śpiworem i próbą odnalezienia rzeczy, które rano jakimś cudem zawsze znikają w plecaku, spotkaliśmy się jeszcze na wieczornym apelu z adoracją Pana Jezusa w kościele św. Piotra i Pawła.
Po całym dniu drogi, rozmów, śmiechu, jedzenia, tańców i kolejnych kilometrów przyszedł czas na ciszę i spotkanie z Jezusem. To właśnie takie chwile przypominają nam, że pielgrzymka nie jest tylko wędrówką z punktu A do punktu B. Chodzi przede wszystkim o to, z Kim idziemy.
Trzeci dzień za nami. Kilometry pokonane, brzuchy szczęśliwe, nogi trochę mniej, a serca pełne wdzięczności. Były: modlitwa, świadectwo, spotkania, taniec, truskawki i ogrom ludzkiej życzliwości. A skoro po takim dniu nadal mamy siłę iść dalej, to znaczy, że Pan Bóg zdecydowanie wie, co robi. Boże, prowadź nas dalej! A dobrych gospodarzy i truskawki stawiaj na naszej drodze jak najczęściej!
Podsumowanie dnia - Dobre Media